sobota, 11 października 2014

Biała kartka jest ukrytą poezją

Dzisiaj będzie poetycko a może nawet romantycznie, bo matka też człowiek i czasami potrzebuje czegoś “dla duszy”.

W sieci mnoży się od tekstów w stylu:
"Pięć zdań, które twoje dziecko musi usłyszeć"
"10 zabawek bez których nie może się obejść"
"7 wskazówek dla doskonałej matki i pani domu"

Często takie artykuły są nawet motywujące i na ogół chętnie je czytam, bo lubię nad sobą pracować, ale czasami proza codzienności jest zwyczajnie nudna i męcząca.
Co prawda, podobno żyć poezją raczej się nie da, ale przypadkowo znalezione “skrawki poezji” pomagają mi oderwać się od codziennego galimatiasu i poczuć się lepiej.

Tak więc dzisiaj mój ulubiony temat, czyli DZIECI, ale trochę inaczej: nie lepiej, nie gorzej, tylko po prostu inaczej...

Nie uczcie dzieci
Nie uczcie dzieci waszej moralności
jest tak zmęczona i chora
mogłaby zaszkodzić
być może jest dużą nieostrożnością
zdać je na pastwę fałszywej świadomości.

Nie wychwalajcie myśli


która jest coraz rzadsza

Nie wskazujcie im
 
znanej drogi

ale jeśli już chcecie

nauczcie je tylko czaru życia.
Giorgio Gaber

Większość z tego, co naprawdę muszę wiedzieć o życiu, co robić i jak się zachowywać, nauczyłam się w przedszkolu:
- Dzielić się wszystkim z innymi.
- Grać uczciwie.
- Nie krzywdzić ludzi.
- Odkładać rzeczy na miejsce.

Autor nieznany

Kto na wiatr sieje, sprawi, że zakwitnie niebo.

Biała kartka jest ukrytą poezją.


Teraz najlepszym krokiem naprzód jest nie ruszać się z miejsca.

Ivan Tresoldi


środa, 8 października 2014

La Spezia - pokoje do wynajęcia

Co robię, kiedy mnie nie ma?
W te wakacje zniknęłam na 3 miesiące i chociaż bardzo żałowałam, to jednak nie było innego wyjścia: wiadomo, kiedy obowiązki wzywają, trzeba zejść na ziemię i działać, nawet jeśli oznacza to chwilowe założenie klapek na oczy i maszerowanie prosto do celu bez rozglądania się na boki.
Czy było warto? Sami oceńcie.
Rezultatem mojej nieobecności jest apartament, w którym wynajmujemy 4 pokoje dwuosobowe, każdy z łazienką.
Tak więc jeśli ktoś z was lub waszych znajomych wybiera się w moje strony, to dajcie znać ;)
Nie tylko dlatego, że nocleg w naszych pokojach ma mnóstwo plusów (począwszy od bardzo wygodnego położenia a na cenie skończywszy), ale również dlatego, że ja chętnie “zajmę się” rodakami i podpowiem gdzie i jak się tutaj ruszać.
A o urokach Ligurii pisałam tutaj, tutaj i jeszcze tutaj.

Niestety nie mamy jeszcze strony internetowej (pracujemy nad nią intensywnie), ale już teraz mogę pokazać wam kilka fotek.


pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

pokoje w La Spezia

Co o tym myślicie?
P.S.
Pokoje są duże, a łóżeczko dla maluchów dostawiamy gratis ;)

środa, 1 października 2014

Daj dziecku baryłkę miodu

Pojechać matce po garach jest proste jak bułka z masłem.
Zwłaszcza jeśli jej CV dumnie niesione na rękach lub prowadzone w wózku jednoznacznie dowodzi krótkiego stażu i małego doświadczenia.
Nikt nie zadaje sobie pytań egzystencjalnych zanim walnie prosto z mostu:

- Dziecko płacze, bo jest głodne.
- Skądże, jadło kwadrans temu.
- Widocznie nie zjadło ile trzeba.
- Przecież trzymałam przy piersi przez 40 minut.
- To w takim razie twoje mleko jest mało wartościowe

No właśnie, ciągle o to mleko, o zimno, o dobre maniery i inne pragmatyczne aspekty codzienności.
Jakie ma być dziecko?
Przede wszystkim pulchniutkie, zawsze ubrane po czubek głowy i oczywiście grzeczne i dobrze wychowane.
Uwagi o niewartościowym mleku, centylach, o ssaniu smoczka lub nie daj boże kciuka, a nawet te o kaprysach znam doskonale z własnego doświadczenia.
I chociaż za każdym razem próbowałam podejść do nich racjonalnie i tłumaczyć sobie, że “wszystkowiedzące ciocie” (te, które odchowały dwójkę wzorowych uczniów) dają rady z dobrej woli, ze szczerej chęci udzielenia pomocy żółtodziobowi, to i tak trudno mi było się uśmiechnąć, podziękować i nie płakać za winklem.

Jest jednak coś bardzo ważnego, o czym nigdy nie usłyszałam od przypadkowo spotkanych cioć, a czego świadomość nie jest wcale taka oczywista.

Okrywając moje rzekomo przemarznięte dziecko, nikt nigdy mi nie powiedział, że dziecko oprócz “mleka” potrzebuje też “miodu”. Że w grupie maluchów (a później dorosłych) od razu widać te, których mamy przekazały im pozytywny stosunek do świata, zaraziły je entuzjazmem, szczęściem i miłością do życia.

Mój synek  co rano dostaje butelkę mleka, mówi dziękuję i poproszę i chociaż czasami się przeziębi albo nie zje surówki na obiad, to kiedy przybiega do mnie z nowym odkryciem i świecą mu się oczy wiem, że dostał należną mu baryłkę miodu. I to jest dla mnie najważniejsze.

źródło: http://joasiakubicka.blog.interia.pl/

*Tekst inspirowany lekturą “Sztuki miłości” Ericha Fromma.

piątek, 20 czerwca 2014

Pomysły na oryginalny prezent na Dzień Ojca

Do Dnia Ojca pozostało już tylko kilka dni, więc każda z nas coraz usilniej szuka błyskotliwego pomysłu na prezent.
Być może na codzień tata gra w naszym rodzinnym spektaklu rolę drugoplanową, być może nie czuje się doceniany, bo często zbywamy go stwierdzeniami typu: “poczekaj, ja to zrobię lepiej”, a może wręcz przeciwnie, jest najwspanialszym ojcem na świecie i doskonale o tym wie.
Tak czy owak Dzień Ojca jest doskonałą okazją, żeby sprawić tacie przyjemnność, utwierdzić go w przekonaniu, że jest naprawdę ważny (pomimo pozorów) i okazać mu wdzięczność za codzienny trud.

Idealny prezent na Dzień Ojca jest:
- prosty w realizacji, a najlepiej z własnoręcznym wkładem dziecka.
- niedrogi. To zawsze plus, niezależnie od osoby czy okazji.
- oryginalny, to najważniejsze,  bo nie ma lepszego dowodu na to, że zależy nam na osobie, dla której jest przeznaczony.

Kubek
Świetnym pomysłem dla tatusiów najmłodszych szkrabów jest kubek z odbitką dłoni dziecka.
Wbrew pozorom nie jest on trudny do zrealizowania i z powodzeniem mogą wykonać go mamy nawet kilkudniowego brzdąca.
Wystarczy kupić nietoksyczne farby do malowania palcami, zrobić odcisk na kartce, odcisk zeskanować lub po prostu pstryknąć mu zdjęcie i zanieść plik do sklepu, który drukuje zdjęcia na kubeczkach.


prezent na dzień ojca

prezent na dzień ojca


Koszulka
Na stronie http://madrzyrodzice.cupsell.pl/produkt/724850-Koszulka-m-ska-Supertata-.html widziałam świetne koszulki zaprojektowane specjalnie na tę okazję.
Jeśli zdecydujecie się na jej zakup, to wiedzcie, że przy realizacji współpracował tata, dzięki czemu będziecie miały pewność, że facetom się spodoba.


prezent na dzień ojca
żródło: http://madrzyrodzice.cupsell.pl/produkt/724850-Koszulka-m-ska-Supertata-.html

Filmik
Nie trzeba być mistrzem obsługi komputera, żeby zrealizować krótki filmik dla taty: istnieją bardzo intuicyjne programy do tworzenia video, np. Windows movie maker.
Wystarczy wrzucić ulubioną piosenkę taty, najpiękniejsze zdjęcia z dziećmi i słowa wdzięczności, a sukces w postaci krokodylich łez jest gwarantowany.

Breloczek
Breloczek ze zdjęciem dziecka jest również doskonałym pomysłem. Tata doczepi go sobie do kluczy i uśmiech jego pociechy będzie mu zawsze towarzyszył.


prezent na dzień ojca


Laurka na cieście

To prezent dla spóźnialskich, dla tych, które nie zdążyły przygotować nic wcześniej, ale nie chcą zrezygnować z oryginalności i efektu zaskoczenia.
Wiadomo, zwykła laurka nie jest genialnym rozwiązaniem, ale laurka narysowana pisakami spożywczymi na ulubionym cieście taty, jeszcze lepiej jeśli przygotowanym wspólnie z dzieckiem, napewno zostanie bardzo doceniona.

Przygoda
Tutaj bierzemy pod uwagę różnice między kobietami i mężczyznami (podchodzę do tematu stereotypowo, sorry, ale to dla uproszczenia kwestii i mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony).
Podczas gdy my, mamy, uwielbiamy kwiatki i wszelkiego rodzaju świecidełka, dla facetów ważne są przygody, doświadczenia i wspólne odkrycia. Dlatego zafundujmy mu lot balonem z dzieciakami, wypad do wesołego miasteczka (tatusiowie na ogół świetnie się tam bawią) albo bilety na spektakl teatralny.
Mieszkającym w Warszawie i okolicach rodzicom najmłodszych gorąco polecam Teatr Małego Widza.
Tutaj pisałam o jednym z przedstawień, na które miałam okazję się wybrać, ale sprawdziłam w repertuarze, że w weekend poprzedzający Dzień Ojca dają spektakl Ahoj, na którym też byłam i mogę was zapewnić, że jest fantastyczny! 

prezent na dzień ojca


Mam nadzieję, że spodobały wam się moje idee i że zainspirowały was do przygotowania niebanalnej niespodzianki dla tatusiów waszych pociech.
Jeśli wy też macie jakieś ciekawe pomysły, to proszę, podzielcie się nimi w komentarzach, bo o ile solidarność kobieca wciąż poddawana jest do wątpliwości, to ja nadal wierzę w solidarność mam (przynajmniej w przypadku Dnia Ojca).

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Jak we śnie

“Jak we śnie”, jeden z moich ulubionych filmów, otwiera się sceną, w której Gael Garcia Bernal w tekturowym studio telewizyjnym wrzuca do ogromnego gara przeróżne składniki przygotowując  niezwykłą potrawę: marzenie senne.
“Witajcie w kolejnym odcinku telewizji edukacyjnej. Dziś pokażę państwu jak przygotowuje się sny. Na ogół ludzie myślą, że jest to bardzo prosty proces, ale w rzeczywistości jest on trochę bardziej skomplikowany. Jak widzicie kluczem jest bardzo delikatna kombinacja złożonych składników. Przede wszystkim wrzucamy odrobinę myśli jak popadnie, po czym dodajemy szczyptę wspomnień z minionego dnia, wymieszanych ze wspomnieniami z przeszłości, miłościami, relacjami, emocjami i wszystkimi innymi rzeczami, które kończą się na -jami. Piosenki, których słuchaliście, rzeczy, które zobaczyliście i inne osobiste.” W tym momencie z gara wydobywa się kolorowy dym i bohater zaczyna śnić.

Ja nie mam tekturowego studio telewizyjnego ani zmaterializowanych składników niezbędnych do przygotowania dobrego snu, ale wziąwszy pod uwagę ten inspirujący przepis i w trosce o fantastyczny smak i cudowny aromat naszych snów, w zeszłą sobotę wybraliśmy się z Nicko na Festiwal Andersena.
Imprezę gościło Sestri Levante, przepiękna nadmorska miejscowość turystyczna oddalona o około 50 km od Genui.
Miasteczko słynie z malowniczej promenady wzdłuż brzegów morza liguryjskiego, z wąskich uliczek przy których stoją typowe dla tego regionu domy wybudowane w XVII i XVIII wieku oraz z Zatoki Ciszy (Baia del Silenzio), która z jednej strony zamknięta jest wgórzami, a z drugiej piętnastowiecznym Klasztorem Matki Boskiej od Zwiastowania (obecnie jest własnością gminy i pełni funkcję centrum kongresowego).

Sestri Levante
Główna ulica w Sestri Levante
Sestri Levante
Baia del Silenzio
Sami przyznacie, że jest to wymarzona scenografia nie tylko dla marzeń sennych, ale też dla poświęconego najsłynniejszemu na świecie bajkopisarzowi festiwalu, który przyciąga setki widzów spragnionych wrażeń i niecodziennych emocji.
Na okres Festiwalu Andersena wszystkie place i ulice Sestri Levante zaludniają się starannie wyselekcjonowanymi przez organizatorów artystami, którzy inscenizują spektakle teatralne, występy koncertowe i bawią publiczność pokazami akrobatycznymi, klownodą oraz sztuczkami magicznymi.  

Sestri Levante
Bardzo zabawny spektakl
W myśl tegorocznego hasła “Sztuka jako energia” cała okolica tętniła pozytywną energią, której przepływ był odczuwalny, a wręcz widoczny, zarówno w poszczególnych spektaklach jak i w ogólnym obrazie miasta. Słone, nadmorskie powietrze wibrowało w rytm dyktowany przez artystów z Hawajów, Kanady, Argentyny, Chile, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i oczywiście Włoch.
My również daliśmy się ponieść fantazji i spędziliśmy cudowne popołudnie w świecie baśniowych opowieści zapominając o rzeczywistości i rządzących nią prawach czasu, przestrzeni i grawitacji. 
Miałam wrażenie, że nawet natura chciała uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu, podarowując nam przepiękny zachód słońca.


Sestri Levante
Spektakl natury

Nicko nie pozostał obojętny na urok festiwalu i odpłynął na fali pozytywnych emocji wspólnie z nową koleżanką.

Sestri Levante
Pozytywne emocje
 Po powrocie do domu poszliśmy prosto do łóżek i chociaż nie pamiętam dokładnie, co mi się śniło, to w niedzielę rano obudziłam się wypoczęta i zadowolona.

piątek, 6 czerwca 2014

Jest nam z tym do twarzy

Tak po prostu, bez metafor, onomatopei, eufemizmów i innych środków stylistycznych: ja i mój synek w roli głównej, tytuł banalny, bo w tak ważnych kwestiach wolę prostotę i bezpośredność: “Jesteśmy szczęśliwi i jest nam z tym do twarzy”. Poniżej zbiór migawek, kolorów, smaków, zapachów i emocji, które tworzą nasz świat.

Piątek 30 maja

“Mama, dlaczego jedziemy w górę?”
“Bo jedziemy do domu”
“Dlaczego jedziemy do domu?”
Dwa pytania z rzędu zaczynające się od “dlaczego” to nie przypadek. To oznaka nowego etapu rozwojowego mojego synka. Zaczął się bez uprzedzenia, bez słabszych wstrząsów zapowiadających. Nagle o 12.47 podczas krótkiego przejazdu samochodem ze żłobka do domu zatrzęsła się ziemia i od tamtej pory Nicko ciągle chce wiedzieć “dlaczego”. Nie ukrywam, że jestem tym zachwycona, bo lubię "intelektualne dysputy z dwulatkiem".
Na podwieczorek objedliśmy się owocami nieśplika japońskiego i pękają nam brzuchy...

zabawy z dwulatkiem
Nieśplik japoński

Sobota, 31 maja

Zakwitły mi hortensje. Mam trzy krzaki, które wyglądają jak różowe wodospady kwiatów. Wraca poczucie winy i zakłopotanie, bo znajomi, którzy je hodują opowiadają o różnych skomplikowanych procesach, które pomagają im zakwitnąć, a ja nie robię nic i mam najpiększe hortensje ze wszystkich.


zabawy z dwulatkiem
Hortensje: mój powód do... wstydu
Niedziela, 1 czerwca
We Włoszech nie ma Dnia Dziecka, co dla mnie jest wielką niesprawiedliwością, bo dzień Matki, Ojca i Dziadków są. Na szczęście Nicko jest pół-Polakiem i jedziemy wyszaleć się w piłeczkach, a w prezencie dostaje dawno obiecaną tablicę.

zabawy z dwulatkiem
Dzień Dziecka
zabawy z dwulatkiem
Wygląda jak ufoludek :)
I jeszcze się pochwalę prezentem na Dzień Matki, o którym nawet nie wspomniałam (niewdzięczna ze mnie baba).

zabawy z dwulatkiem
Najcenniejszy klejnot

Poniedziałek, 2 czerwca

Święto Republiki, kolejny dzień wolny od pracy. Świeci słońce i jest upalnie: otwieramy oficjalnie sezon plażowania.

zabawy z dwulatkiem
Life's a beach

Po raz pierwszy widzę nad morzem muzułmańską rodzinę. Co prawda kobieta pomimo upału zdjąć mogła tylko buty, ale dla mnie już sama jej obecność jest znakiem postępującej integracji międzykulturowej.

zabawy z dwulatkiem

Wtorek, 3 czerwca
Jedziemy na kolację do dziadków, ale wcześniej krótki wypad na plac zabaw.


zabawy z dwulatkiem

Środa, 4 czerwca
Zrobiłam super przystawkę z bakłażana.

zabawy z dwulatkiem

Przepis:
Bakłażana i 2 pomidory pokroić na plasterki, upiec na grillowej patelni. Na brytwance układać warstwami: jeden plaster bakłażana, na nim plaster pomidora, plaster mozzarelli, posypać oregano i od nowa bakłażan itd.
Zapiekać w piekarniku przy 200°C przez kilka minut aż rozpuści się mozzarella.

Czwartek 5 czerwca
Kupiłam najnowszą płytę Cesare Cremonini, bo jest bardzo optymistyczna i podobają mi się teksty.
Tym razem nie ograniczyłam się do Spotyfy czy iTunes, tylko poszłam do normalnego sklepu. Chciałam mieć album z okładką, którą postawię na półce, pomimo że nie podoba mi się jej design. Uśmiechałam się do siebie, bo patrząc na Nicko wydawało mi się to takie staroświeckie... Opowiadałam mu o ewolucji nośników dźwięków, o tym że jak byłam mała, to słuchałam bajek na adapterze, a potem wkręcałam taśmy kaset na ołówek, a teraz to już nawet CD nie są do niczego potrzebne... 
Na krótkim spacerze przed kolacją Nicko nazbierał mi polnych kwiatów.

zabawy z dwulatkiem


wtorek, 3 czerwca 2014

Moje cyber-dziecko

Zawsze się śmieję, kiedy opowiadam o moim porodzie, bo oczywiście nie wyglądał on tak jak zaplanowałam. Miałam termin na 22 listopada, ale optymistycznie wierzyłam, że Nicko urodzi się co najmniej kilka dni później.
Na 10 listopada przypadał jeden z organizowanych przeze mnie eventów, więc chciałam zrealizować super wydarzenie kulturalne, zamknąć komputer i zająć się przygotowaniami do porodu.
Kiedy urodził się Nicko?
10 listopada rano rzecz jasna!
Nie tylko nie miałam gotowej walizki, ale w przeddzień eventu nie wszystko było jeszcze na tip top: brakowało odpowiednich talerzy do rozłożenia poczęstunku, a że dla wnętrzarskiego szpanu  potrzebowałam talerzy koloru zielonego, niemożliwych do znalezienia, przeszłam całe miasto wzdłuż i wszerz w ich poszukiwaniu. Talerze znalazłam, ale długi spacer wywołał skurcze, które w ciągu kilku godzin stały się regularne.
Jak tylko zrozumiałam, że moje dziecko ma w głębokim poważaniu moją pracę i plany, po kolacji chwyciłam za laptopa i między jednym skurczem a drugim, pisałam długiego maila do mojej pracowniczki ze szczegółowym opisem wszystkiego, co trzeba było jeszcze zrobić.
Nie będę was zanudzać naturalistyczną relacją z porodu, powiem tylko w telegraficznym skrócie, że był rodzinny, po ludzku i miał być w wodzie, ale nie wyszło.
Pamiętam wiszący za moimi plecami zegar, na który zerkałam po każdym skurczu i przed każdym badaniem z coraz bardziej rosnącą złością i żalem, bo czas mijał, a moja sytuacja nie zmieniała się ani o centymetr. Ostatecznie zmuszona byłam wyjść z wody i urodzić akceptując wymowny metaforycznie, ale kompletnie pozbawiony estetyki, wymiar mojej kobiecości. 

Przyszło na świat, wiadomo: takie śliczne różowiutkie maleństwo z maleńkimi stópkami i słodkimi rączkami, którego urodę i niesamowite blond włosy opiewały nawet najmniej wrażliwe staruchy.

Czas mijał i w przeciągu niespełna roku to pulchniutkie maleństwo, dla którego pierś matki była całym światem, zmieniło się w cyborga uwielbiającego wszelkie technologiczne zabawki i gadżety.
Czy ma to związek z tym, że nawet jego narodzinom towarzyszyło miarowe stukanie mojej klawiatury?
Wątpię, ale bawi mnie taki trochę baśniowy związek przyczynowy.

Mój synek należy do dzieci epoki cyfrowej, ery 2.0, okresu touchscreen, zwijcie go jak chcecie, problem w tym, że jest to generacja, której wychowanie martwi nas bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo jeszcze nie wiemy, jak ustosunkować się do nowości technologicznych.
Nasze dzieci są pod tym względem szczurami doświadczalnymi, to dzięki nim dopiero za kilkanaście lat będzie możliwa odpowiedź pytania takie jak:

Kiedy pozwolić dziecku na zabawę komputerem/telefonem/tabletem?
Jak ustosunkować się do technologii?
Jak pogodzić radość z poznawania otaczającego nas świata z atrakcyjnością gier komputerowych?
Czy w epoce ekranów ma jeszcze sens przekonywać dziecko o wyższości słowa drukowanego?

Pytań i wątpliwości jest oczywiście dużo więcej, odpowiedzi brak.
Tutaj podzielę się moją osobistą opinią, której zresztą nie zamierzam zaciekle bronić, bo tak naprawdę chciałabym poznać wasze szczere zdanie i ewentualnie coś zmienić:

1. Staram się, aby procent czasu spędzony przez mojego synka przed ekranem był bardzo niski w stosunku do czasu spędzonego na interakcjach ze “światem realnym”.

2. Nie podchodzę do technologii jak do zła koniecznego, chociaż świadomość, że uzależnienie od gier komputerowych i portali społecznościowych jest chorobą naszych czasów motywuje mnie do zachowania środków ostrożności.

3. Nie kieruję się strachem przed popełnieniem błędu tylko chęcią “zrobienia jak najlepiej”.

Konkretnie wygląda to tak:

Bajki
Czytamy książeczki i bawimy się w teatrzyki, gdzie Nicko najchętniej odgrywa rolę strasznego wilka. Prawie nie włączam telewizji, ale pozwalam Nicko oglądać bajki na komputerze, bo tam są po polsku.
Ograniczenie jest czasowe: dzieci do roku nie powinny w ogóle oglądać bajek (moje oglądało, ale tylko w sytuacjach podbramkowych), natomiast dzieci do trzeciego roku życia nie powinny oglądać bajek dłużej niż przez pół godziny dziennie (to mi się prawie udaje, nie zawsze, ale staram się jak mogę).

Gry
Mamy całą masę gier, puzzli i klocków (nie tylko Lego, ale też drewnianych), ale wgrałam w mój telefon i w iPada gry edukacyjne dla Nicko. Tak, istnieją gry dla rocznych i dwuletnich dzieci.

gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Miś
Jest grą edukacyjną dla dzieci uczących się mówić. Ten słodki miś fascynuje maluchy, bo powtarza dokładnie wszystko, co mówią, stając się doskonałym bodźcem stymulującym rozwój mowy. Nicko był zachwycony i zanosił się śmiechem za każdym razem, kiedy misio powtarzał echem jego nieśmiałe “eeee” i “mama”.





gry komputerowe dla małych dzieci
Mówiący Pinokio
Trochę bardziej rozwinięta wersja z misiem. Pinokio nastawia ucha przysłuchując się wypowiedzi dziecka, którą powtarza, ale oprócz tego robi mnóstwo zabawnych rzeczy: łowi rybkę z akwarium, wyjmuje zabawki ze skrzyni i gra na flecie.








gry komputerowe dla małych dzieci
Ułóż w rzędzie
W tej grze możemy układać w rzędzie trzy przedmioty: znalezienie trzech jednakowych przedmiotów jest kombinacją, która pozwala przejść do następnego zestawu. Alternatywą jest cyfrowe memory, którego największą zaletą jest, że nie pogubimy elementów).


gry komputerowe dla małych dzieci

Zwierzęta i instrumenty
Wystarczy wybrać paluszkiem interesujące nas zwierzę, przedmiot, czy instrument, a słyszymy dźwięk, który produkuje i lektor mówi nam jego nazwę.







Gier oczywiście jest więcej, bo dla ich producentów dzieci to bardzo interesujący target. Pracowicie tworzą więc dla nich piąty wymiar: świat wirtualny, stawiając nas, pionierską generację rodziców, przed niesamowicie ambitnym wyzwaniem: wychowanie cyfrowych dzieci ery 2.0.
Dla większości z nas to grząski teren, który sami dopiero poznajemy, więc z jednej strony towarzyszy nam ekscytacja z odkrywania, a z drugiej strach przed nieznanym.
Otuchy dodaje mi jednak fakt, że nie powiodła się próba zastąpienia drewnianych zabawek plastikowymi, a plastikowych mechanicznymi na baterie. Świat jest coraz bogatszy, nasze doświadczenia coraz bardziej urozmaicone, a piąty wymiar jest jego kolejną częścią, pełnowartościową, ale tylko częścią.

poniedziałek, 26 maja 2014

Dziewczyna z perłą i awantura o Króliczka

- Muszą Państwo odebrać dziecku pluszowego króliczka i zostawić go w torbie w szatni.
- To jakiś absurd!
- To nie od nas zależy, tak nakazują nasze przepisy bezpieczeństwa.
- Tego jeszcze nie było! Jak pluszowa zabawka może być uznana za niebezpieczną?! Proszę zawołać kierownika!
- Dzieci nie mogą wnosić na teren naszej placówki zabawek, ponieważ jest to niezgodne z naszymi przepisami bezpieczeństwa.
- Macie naprawdę dziwaczne poczucie humoru, w czym jest problem?
- Dziecko mogłoby rzucić pluszakiem w obraz i zniszczyć siedemnastowieczne dzieło sztuki.
- Nie odbiorę dziecku jego ukochanej zabawki tylko dlatego, że waszym zdaniem mój synek niczym się nie różni od szympansa (z całym szacunkiem dla tego inteligentnego gatunku)!

Wiem, że ta surrealistyczna rozmowa brzmi jak koszmar inspirowany kiepskim brazyliskim serialem, ale to niestety nie był sen, to mi się naprawdę zdarzyło: wczoraj w Palazzo Fava w Bolonii.
Pojechaliśmy tam obejrzeć wystawę, której główną atrakcją był portret Dziewczyny z perłą (jedyna okazja zobaczenia tego dzieła w Europie, nie mogłam jej przegapić).


Dziewczyna z perłą
Dziewczyna z perłą. źr. Wikipedia

Zaraz po wejściu do muzeum ograbiono nas ze wszystkiego: toreb, telefonów i przede wszystkim wózka, ale dla personelu obsługującego muzeum nie było to wystarczające. Tłumacząc się ograniczoną przestrzenią i przepisami bezpieczeństwa próbowano nam odebrać też ukochaną zabawkę Nicko: Króliczka, który towarzyszy mu codziennie od dnia jego narodzin. 

obiekt przejściowy
Godzina po narodzinach Nicko - już z Króliczkiem (ten po prawej)

Na to nie mogłam się zgodzić, zaczęłam zaciekłą walkę nie zważając na nic i na nikogo: zapomniałam o głupich konwenansach, obśmiałam bezsensowne przepisy bezpieczeństwa i wywalczyłam dla dziecka możliwość wniesienia jego Króliczka tłumacząc, że jest niezbędny, bo zwiedzanie wystawy w tłumie ludzi ze zmęczonym dzieckiem pozbawionym jego ukochanego przyjaciela nie wchodziło w grę.

W psychologii taka zabawka nazywa się obiektem przejściowym i jest dla dziecka czymś o szczególnym znaczeniu, pomaga mu “w łagodnym przejściu od pierwszego związku z piersią matki do późniejszych relacji z obiektami” (cyt. Wikipedia), a później jest nieodzownym towarzyszem zwłaszcza w stresujących sytuacjach.
Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, co jak wiadomo dla dziecka jest stresem, zawsze zabieramy Króliczka, do którego Nicko jest naprawdę przywiązany: zawsze zasypia czule się do niego tuląc, a kiedy się budzi, od razu go szuka.
Potem bawi się normalnie innymi zabawkami i nie myśli o Króliczku (nie ma na jego punkcie obsesji), ale kiedy jest zmęczony, smutny albo zdezorientowany, od razu się o niego pyta.

A wracając do wystawy: jak było? Jestem zadowolona, bo oprócz słynnego obrazu Vermeera zobaczyłam też “na żywo” kilka portretów Rembrandta (zapewniam was, że robią wrażenie) i odkryłam przepiękny obraz Jedzącej ostrygi.


Jedząca ostrygi
Jedząca ostrygi

Wziąwszy jednak pod uwagę, że bilet kosztował 13 euro, byłam rozczarowana bardzo ograniczonym zbiorem dzieł i tłumem ludzi przez który musiałam przebijać się za każdym razem, kiedy chciałam obejrzeć obraz z odpowiedniej odległości.

A Nicko? Zwiedził wystawę siedząc wygodnie na barkach taty. Już w dugiej sali oddał mi Króliczka, bo był za bardzo zainteresowany opowiadaniami, którymi raczyła go pani z audioprzewodnika. Natomiast przed obrazem Dziewczyny z perłą, który zamykał wystawę, zatrzymał się na ładnych parę minut, oczarowany jego urokiem i magią spojrzenia szaro-błękitnych oczu... a może jednak urzekł go blask perły...  Trudno powiedzieć...


Dziewczyna z perłą
Nasze zdjęcie pamiątkowe


piątek, 23 maja 2014

Przewodnik turystyczny - Le Cinque Terre

Dlaczego kocham moją pracę? Bo uwielbiam przekładać czyjeś myśli na różne języki, nawet jeśli nie w pełni rozumiem ich sens (tłumaczę teksty techniczne, pisane w slangu inżynierów).
Podoba mi się, że dzięki tej pracy mam kontakt z ojczystą mową i że większość pracy mogę wykonywać wygodnie z domu, samodzielnie organizując sobie grafik dnia, który mogę łatwo pogodzić z innymi obowiązkami, np. byciem mamą i blogowaniem.
Najbardziej jednak cieszę się, kiedy trafi mi się jakaś fucha: moim zadaniem na wczorajsze popołudnie było pokazanie uroków tutejszych okolic pewnej bardzo ważnej osobie, której tożsamości nie mogę niestety zdradzić.
Oczywiście zrobiłam trochę zdjęć i postanowiłam pokazać wam, jak piękna jest część Włoch, w której mieszkam.
Wyruszyliśmy z San Terenzo, jednej z głównnych miejscowości Golfu Poetów, zwanego tak ze względu na liczną obecność poetów i pisarzy, dla których tutejsze krajobrazy były źródłem inspiracji. Wymienię tylko najważniejsze nazwiska: pomieszkiwał tu Lord Byron, George Sand, a swoje ostatnie miesiące życia spędził tutaj Percy Shelley wraz z żoną (autorką Frankensteina).

Lerici
Widok na Lerici z San Terenzo

 Najważniejszą atrakcją turystyczną są w tej części Ligurii Le Cinque Terre, czyli pięć malowniczych miasteczek, otoczonych z jednej strony morzem, a z drugiej górami. Wizytę roczpoczęliśmy od Monterosso, czyli Czerwonej Góry, która dzięki budowie tak zwanych tarasów została sprytnie zagospodarowana pod uprawę winorośli oraz cytryn, dla których smaku tutejszy klimat jest idealny:



Le cinque terre
Monterosso
Stamtąd popłynęliśmy łódką podziwiając pozostałe miasteczka z perspektywy znad morza:

Le cinque terre
Vernazza

Le cinque terre
Corniglia 
Le cinque terre
Manarola
Le cinque terre
Riomaggiore

Aż w końcu dopłynęliśmy do Porto Venere, czyli Portu Wenus, którego charakterystyką jest pasmo wąskich, kolorowych domów ustawionych wzdłuż wybrzeża.

Le cinque terre
Porto Venere
Le cinque terre
Porto Venere

Kiedyś był to bardzo ważny port handlowy, do transportu wina, oleju, zboża, jadalnych kasztanów oraz w szczególności soli. Zainteresował się nim Napoleon, chcąc wykorzystać jego strategiczne położenie do budowy arsenału. Na szczęście jego konstrukcja, która z pewnością zniszczyłaby piękno nadmorskiego miasteczka i pozbawiłaby nas, zwykłych śmiertelników, dostępu do morza, nie doszła do skutku. Arsenał zbudowano za to w La Spezia, dla której mieszkańców był do niedawna ważną strukturą oferującą liczne miejsca pracy.

Le cinque terre
Kościół Św. Piotra w Porto Venere
Kościół Św. Piotra w Porto Venere, który widzicie osadzony na skale, jest jednym z głównych symboli geniuszu tutejszej architektury, a wszystkie miejscowości, których zdjęcia zamieściłam powyżej są na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Jeśli więc zastanawiacie się, gdzie spędzić wakacje w tym roku, serdecznie polecam moje okolice, bo jest pięknie (wczoraj niestety było pochmurno, więc moje zdjęcia, robione w dodatku zwykłym telefonem, nie dokońca oddają rzeczywiste wrażenia), gdziekolwiek się nie zatrzymacie znajdziecie pyszne jedzenie i oczywiście Włosi z ich specyficznym temperamentem są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów.

Na koniec, dla tych, którzy na serio zastanawiają się nad przyjazdem tutaj, dam tylko małą wskazówkę: ponieważ hotele w Le Cinque Terre są okropnie drogie, polecam wam zatrzymać się w La Spezia, skąd w zaledwie kilka minut dojedziecie pociągiem lub łódką (odradzam dojazd samochodem) do wszystkich pięciu miasteczek oraz innych atrakcji turystycznych (np. Piza oddalona jest o 80 km od La Spezia i też jest do niej bezpośredni dojazd pociągiem).

Mam nadzieję, że udało mi się was zachęcić do zwiedzenia moich okolic, więc czekam na wasze odwiedziny!

środa, 21 maja 2014

Impreza na blogu

Dzisiaj zapraszam na wirtualną imprezę na moim blogu. Jest miód, piwo, wino białe i czerwone, wódka i oczywiście szampan!
Co świętujemy?
Po pierwsze wygrałam konkurs literacki zorganizowany przez dziewczyny ze strony blogimam.pl.
Kiedy zobaczyłam mój artykuł wśród dziesięciu najlepszych nie mogłam odkleić uśmiechu z twarzy.
Dawno już niczego nie wygrałam, pewnie też trochę dlatego, że dawno już nie brałam udziału w żadnych konkursach.
Tym razem jednak postanowiłam wychylić nosa z mojej bezpiecznej skorupki i zaryzykowałam.

Wysłałam tekst o najtrudniejszej pracy na świecie:
Czy zaakceptowałbyś/zaakceptowałabyś pracę o ogromnej odpowiedzialności wymagającą kompletnego poświęcenia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, bez przerw, dni świątecznych, ani nawet czasu na sen, a w dodatku bez wynagrodzenia?
Uważasz to za okrutne? Myślisz, że to nielegalne? To wiedz, że na świecie są już miliony ludzi, którzy tę pracę zaakceptowali i codzienne skrupulatnie wykonują obowiązki Dyrektora operacyjnego.
Kim są ci pomyleńcy?
Ciąg dalszy możecie przeczytać tutaj

Powiem bez owijania w bawełnę: wygrana naładowała mnie pozytywnie i nie mogłam się nią z wami nie podzielić.
Nie wiem, czy udaje mi się to wyrazić tekstem pisanym drukowanymi literami, ale nadal śmieje mi się buzia...

Drugi powód do szczęścia w tym tygodniu to koniec wiosennej diety!!!
Tak, udało mi się wrócić do wagi sprzed zimy i świąt wszelkiego rodzaju.
Wspólnikami sukcesu są też trochę prawdopodobnie moje wegetariańskie hamburgery (przepis tutaj) które okazały się zjadliwe, a nawet smaczne, dzięki polaniu ich sosem z jogurtu greckiego z przyprawami (różowy pieprz i kolendra).

Powrót do wakacyjnej formy uczciłam kupując sobie kilka nowych fatałaszków.

To tylko część mojego łupu, więcej zdjęć będzie jak mi je ktoś zrobi :)

Tak więc kończę wznosząc wirtualny toast za satysfakcje małe i duże, osiągnięte i te, o których nie mamy jeszcze śmiałości marzyć! Na zdrowie!

czwartek, 15 maja 2014

Bunt dwulatka - nie taki diabeł straszny

Mój synek ma dzisiaj 2 lata, 6 miesięcy i 5 dni. Bunt dwulatka przeszłam na własnej skórze i doskonale pamiętam, jak bardzo się go bałam. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, bo dzięki wprowadzeniu w życie kilku porad psychologów i prostych do opanowania sztuczek, udało nam się przez niego przebrnąć w miarę bezboleśnie i, co najważniejsze, bez ofiar w ludziach.

Dzieci mówią “Nie!”

To pierwszy objaw zbliżającego się nieuchronnie buntu dwulatka.
Ile razy powiedzieliśmy: “nie”, “nie rób tego”, “nie wolno”, “nie ruszaj”? Sto? Tysiąc? Milion? Teraz więc, kiedy dziecko stawia kolejny krok ku niezależności, nie ma co się dziwić, że cokolwiek mu nie zaproponujemy odpowiedź będzie "nie".
Czy mamy się temu biernie przyglądać i przeczekać etap?
Oczywiście, że nie! Jednocześnie jednak nie możemy dziecku na wszystko pozwalać, bo tak naprawdę dla jego poczucia bezpieczeństwa ważne są zasady i jasno postawione granice.
Co więc możemy zrobić?
To nie jest trudne: wystarczy unikać tak zwanych pytań zamkniętych, na które odpowiedź będzie “tak” albo “nie”. Zamiast pytać: “idziemy spać?”, lepiej przeformułować pytanie i powiedzieć: “idziemy spać teraz, czy po przeczytaniu bajki?” Dziecko prawie napewno odpowie, że po przeczytaniu bajki i będzie miało poczucie, że to ono podjęło decyzję, ale w rzeczywistości zrobi dokładnie to, co chcieliśmy (tak na marginesie: ta zasada doskonale sprawdza się też z facetami). Czytamy bajkę, a po zamknięciu książki kładziemy dziecko do łóżeczka. Kluczem do sukcesu jest tutaj konsekwencja: była umowa, to trzeba jej przestrzegać.

Dzieci się złoszczą

Dlaczego mamy problem ze złością? Bo w przeciwieństwie do innych emocji, jest uważana za negatywną i często kuszącym rozwiązaniem jest jej negacja albo stłumienie. Gdyby nie miała opinii drugorzędnej emocji, której pojawienie się jest równoznaczne z byciem “złym człowiekiem”, prawdopodobnie kolejki do psychoterapeutów byłyby zdecydowanie krótsze.
O złości dziecka napisano tomy książek. Paradoksalnie podstawowym problemem jest, czy pozwolić dziecku na jej wyrażenie? Przy takim ujęciu problemu odkrywcze staje się więc stwierdzenie, że dziecko to też człowiek: dorosły w miniaturowym ciele i z mniejszym doświadczeniem, ale pełnowartościowy.
Może więc odczuwać złość i ma do tego prawo.
Czasami być może jej powody nie są dla nas zrozumiałe: dlaczego się złości, że otworzyliśmy jogurt? Przecież chciał go zjeść! A tu atak płaczu, bo on chciał inny jogurt, taki sam jak ten, który otworzyliśmy, ale że stał obok, to dla niego jest inny. Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Myślę, że czasami nasze powody do złości są dla dzieci tak samo niezrozumiałe: dlaczego mama krzyczy, powinna się cieszyć widząc jak ja świetnie się bawię pluskając w kałużach (mama Peppy to uwielbia i sama wskakuje we wszystkie kałuże). Nie da się ukryć: mamy z dziećmi małe problemy wynikające z rozbieżności priorytetów.
W czym jest więc problem?
W sposobie, w jaki tę złość wyrażają. Każdy z nas, co najmniej raz w życiu, widział rowrzeszczanego dwulatka skręcającego się konwulsyjnie na podłodze, walącego pięściami w co popadnie i rzucającego wszystkim, co znajdzie pod ręką. Pamiętajmy, że dzieci nie robią tego złośliwie, one niczego nie pragną bardziej niż bycia grzecznymi i kochanymi maluchami, ale czasami nie wiedzą, jak to osiągnąć i naszym zadaniem jest je tego nauczyć.

Co robić, kiedy nasze słodkie maleństwo przeradza się w opętanego bachora?
Sprawdzone przeze mnie rozwiązanie, gorąco polecane przez specjalistów ogranicza się do trzech liter: NIC. Zignorować. Poczekać, aż przejdzie, a nie potrwa to długo jeśli dziecko zobaczy, że nie zrobiło na nas wrażenia. Nicko tylko kilka razy w przypływie desperacji rzucił się na podłogę i udawał, że płacze. Za każdym razem co jakiś czas zerkał w moją stronę sprawdzając, co robię podczas gdy on cierpi tak bardzo, że już bardziej się nie da. Widząc jednak, że nie ruszyłam się ani o centymetr i nie przerwałam mojego zajęcia, wstawał i przychodził do mnie, a ja dopiero wtedy zaczynałam z nim rozmawiać: "Dobra, widzę, że jesteś spokojny, więc proszę, to jest twój jogurt."(ten sam jogurt, o który była awantura. Nie mylić z nagrodą za uspokojenie się, bo takiej nie daję)
Ignorując dziecko i kontynułując nasze zajęcie pozwalamy mu zrozumieć, że jego kaprys nie jest dla nas ważny, że jesteśmy spokojni i pogodni, więc jeśli ma zamiar płakać i rozpaczać, to nie jest to nasz problem. Natomiast z czasem, nasz spokój i pewność siebie pozwolą mu ugruntować taką właśnie postawę w stosunku do wszystkich codziennych problemów z przekonaniem, że można je rozwiązać pozytywnie.
UWAGA, to dosyć banalne, ale warto przypomnieć: dzieci uczą się przez naśladowanie, więc obserwując jak my wyrażamy złość z czasem nauczą się i powtórzą nasze schematy.

Królowa stoickiego spokoju:


poniedziałek, 12 maja 2014

Zaskakujące zmiany

Samochód wpadł w poślizg i zjechał z szosy, a obaj pasażerowie, mężczyzna i jego syn, doznali ciężkich obrażeń. Ojciec zmarł w karetce w drodze do szpitala. Syna wzięto wprost na salę operacyjną. Chirurg rzucił okiem na pacjenta i bez tchu powiedział: “Och nie... to mój syn.”

Zastanawiacie się pewnie, że skoro prawdziwy ojciec nie żyje, to jak to możliwe, żeby pacjent był synem chirurga? Kim jest chirurg? Ojczymem? Dawcą nasienia?
Nie wiem, czy dla kogoś było to oczywiste, dla mnie nie było, ale chirurg z historyjki to kobieta, czyli matka pacjenta.
Cytuję tę anegdotę (przepraszam za czarny humor), ponieważ doskonale demaskuje stereotypy płci utrwalone w naszym pokoleniu. 

Pisałam już na ten temat w poście Kosmonautka (tutaj), gdzie opowiadałam o tym jak mój dwulatek zdziwił się, że na kasie w jednym z tutejszych supermarketów pracował pan, pomimo że powszechnie wiadomo, że kasjerka to zawód dla kobiety.
Dzisiaj muszę podzielić się moim nowym odkryciem w tej kwestii.

Zostaliśmy zaproszeni na Pierwszą Komunię córki naszych przyjaciół, więc wczoraj po raz pierwszy od kilku lat poszłam do kościoła, gdzie zobaczyłam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Kościół był współczesny, bardzo ascetyczny: z sufitu sterczały przemysłowe lampy, na szarych ścianach brakowało renesansowych dzieł sztuki, a jedynym artystycznym elementem były trzy witraże umieszczone na tyłach ołtarza.
W ławkach siedzieli ubrani odświętnie wierzący, podekscytowane ośmiolatki i ich wzruszone mamy, które płakały dając upust emocjom wywołanym kolejnym krokiem ku dorosłości ich dzieci.
Dopiero po dłuższej chwili spojrzałam w stronę ołtarza, gdzie wokół ubranego na biało księdza stało ośmiu ministrantów. Jestem krótkowidzem, więc wykorzystałam ruchliwość mojego synka, żeby podejść bliżej. Z odległości kilku metrów nie miałam już żadnych wątpliwości: z ośmiu ministrantów służących do mszy, pięciu było dziewczynkami.
Zaskoczyło mnie to, bo jeszcze parę lat temu nikt nie poddawał wątpliwości, że dziewczynki mogły co najwyżej śpiewać psalmy, ale dostęp do komży był monopolem chłopców. W Kościele Protestanckim, co prawda, już od lat pracują pastorki, jednak nie spodziewałam się, że Kościół Katolicki również modernizuje się pod tym względem.
Zastanawiam się jak to wygląda w Polsce. Czy u nas też są już ministrantki?
A jak będzie w przyszłości? Czy brak powołań skłoni Kościół do dopuszeczenia kobiet do duszpasterstwa?

Wracając natomiast do mojego małego świata i do pięknych chwil, które chcę wyryć w pamięci: czekając na komunijny obiad, Nicko poznał nową koleżankę, którą poderwał na puzzle... 


Czyż oni nie są słodcy?


piątek, 9 maja 2014

Eksperymenty kulinarne - hamburger wegetariański

Każda z nas próbuje czasami zaskoczyć rodzinkę jakąś kulinarną nowością. Ja nie robię tego zbyt często, ale czasami zdarza mi się wpaść na jakiś ciekawy i prosty w realizacji przepis, który muszę absolutnie wypróbować.
Ostatnio znalazłam przepis na hamburgery z ciecierzycy, która ze względu na wysoką zawartość białka może być istotną alternatywą dla mięsa. U nas nasiona ciecierzycy nie są powszechnie stosowane, ale we Włoszech cieszą się dużym powodzeniem przy przygotowaniu tradycyjnych zup, sałatek oraz oczywiście wielu wegetariańskich potraw.
Przepis, który znalazłam wyglądał tak:

Składniki:
500 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1 szalotka (ewentualnie mała cebulka)
garść natki pietruszki
1 łyżka startego parmezanu
1 łyżka tartej bułki
1 jajko
oliwa z oliwek w razie potrzeby

Przygotowanie:
Ugotowaną ciecierzycę zmiksować z jajkiem, szalotką, parmezanem, tartą bułką, olejem i przyprawami. Uformować hamburgery i piec na patelni grillowej po pięć minut z każdej strony, dopóki się nie zarumienią. Podawać w bułce, z sałatą, pomidorem i sosami jak do tradycyjnych hamburgerów.

Nie mogłam przepuścić okazji własnoręcznego wykonania wegetariańskich hamburgerów (zwłaszcza że lekarze ostrzegają przed nadmierną konsumpcją mięsa).
Pełna entuzjazmu zabrałam się do dzieła i w mniej niż godzinę przygotowałam aż 10 hamburgerów (!!!), bo oczywiście przekonana o sukcesie podwoiłam ilość składników...

hamburger wegetariański

Tak prezentował się hamburger

Sami przyznacie, że hamburgery wyglądały apetycznie, więc Nicko na ich widok zaświeciły się oczy, a ja, pełna dumy i z radosnym uśmiechem, podsunęłam mu bułę. Ugryzł z przekonaniem, ale już po chwili bez namysłu wypluł wszystko na talerz i stanowczo odmówił mojemu wegetariańskiemu hamburgerowi drugiej szansy... Natomiast tata, wykazał się inteligencją adaptacyjną i doświadczeniem, nie dał się nabrać na kolowe przystrojenie bułki i hamburgera nawet nie spróbował...
Brzdęk - to dźwięk moich aspiracji rozbijających się o zdrowy męski rozsądek.
Ja oczywiście nie jestem taka wybredna, więc umilnie zjadłam moją porcję i powiem szczerze, nie była wcale taka zła, jedyne co, to hamburgery były trochę za suche, ale to pewnie dlatego, że oczywiście nie dodałam żadnego sosu (skoro miało być zdrowo, to dlaczego mam to psuć ketchupami i musztardą?).
Teraz mam w zamrażalniku dziewięć wegetariańskich hamburgerów, które będę musiała zjeść sama (co mnie przeraża), ale że nie jest w moim stylu poddawać się po pierwszej nieudanej próbie, zrobię przepis jeszcze raz, ale trochę go udoskonalę: dodam ugotowaną marchewkę, która powinna zmiękczyć suchą masę i oliwę z oliwek, o której zwyczajnie zapomniałam... Jeśli macie inne pomysły, to będę wdzięczna za ich podanie :)

Natomiast, żeby nie zostawić was z rozczarowaniem eksperymentalnymi próbami kulinarnymi zakończonymi fiaskiem, podaję klasyczny przepis na sałatkę z ciecierzycy, która jest bardzo smaczna i zdrowa (certyfikowana przez moich facetów).


ciecierzyca

Składniki
250 gr ugotowanych ziaren ciecierzycy
1/2 szalotki (ewentualnie mała cebulka)
8 pomidorów koktajlowych
garść oregano
garść bazylii
łyżka stołowa oleju z oliwy

Przygotowanie
Pomidory pokroić, szalotkę i oregano posiekać, listki bazylii porozrywać w palcach na kawałki, dodać oleju i wymieszać z ziarnami ciecierzycy.
Smacznego!

Czasami natomiast idę na łatwiznę:


hamburger wegetariański
Przygotowane wg jednej z piosenek emitowanych na BabyTv